Poranny wyścig, którego nikt nie wygrywa

0
10
Rate this post

Za piętnaście ósma. Kurtka leży na podłodze, bo „gniecie”, druga skarpetka zniknęła bez śladu, kanapka została na blacie. Samochód stoi przed domem, a przed wami kilkanaście kilometrów do Wrocławia. I wtedy słyszysz własny głos – o pół oktawy wyżej niż zwykle.

Znasz to?

Poranny wyścig, którego nikt nie wygrywa

Rodzice z miejscowości wokół Wrocławia mają ten problem w wersji rozszerzonej. Do porannego chaosu w przedpokoju dochodzi trasa, wjazd do miasta i cicha świadomość, że każda minuta stracona przy butach wróci potem podwójnie w korku.

Poranek psuje się wieczorem

Brzmi przewrotnie, ale tak to działa. Większość awantur o kurtkę zaczyna się poprzedniego dnia po dwudziestej – przy zbyt późnej kolacji, przy bajce obejrzanej „jeszcze tylko jednej”, przy plecaku, którego nikt nie spakował.

Poranny wyścig, którego nikt nie wygrywa

Przedszkolak nie ma poczucia czasu w naszym rozumieniu. Trzylatek nie wie, że mama ma spotkanie o dziewiątej. Wie tylko tyle, że ktoś nagle zaczął się spieszyć i mówić innym tonem, a to jest niepokojące. Reaguje więc tak, jak potrafi – zwalnia, sztywnieje, siada na podłodze przy szafce z butami.

Im mocniej popędzasz, tym wolniej idzie. To nie złośliwość. To układ nerwowy pięciolatka, który nie umie się jeszcze przełączać na komendę.

Piętnaście minut, które trzeba oddać

Najskuteczniejsza rzecz, jaką można zrobić z porannym pośpiechem, jest boleśnie prosta. Wstać wcześniej. Nie o godzinę, bo tego nikt nie wytrzyma. O piętnaście, góra dwadzieścia minut.

Te kilkanaście minut zmienia całą konstrukcję poranka. Nagle jest czas, żeby maluch sam założył buty – nieporadnie, powoli, ze złą stopą za pierwszym razem, ale sam. Jest czas na przytulenie przy stole zamiast rzuconego przez ramię „jedz szybciej”. Jest margines na to, że coś pójdzie nie tak, bo zawsze coś idzie nie tak.

Marta, mama czteroletniego Antka: „Przez rok kłóciliśmy się codziennie o to samo. Przestawiliśmy budzik o dwadzieścia minut i po tygodniu zorientowałam się, że nie podniosłam głosu ani razu. Nie zmieniliśmy nic poza tymi dwudziestoma minutami.”

Konkretny schemat takiego poranka, rozpisany na 20-30 minut i etapy, znajdziesz w tekście Poranki bez pośpiechu. Można go przepisać na własną rodzinę w jeden wieczór.

Wieczór robi połowę roboty

Ubranie wybrane i położone na krześle. Plecak spakowany przy dziecku, nie za dziecko. Śniadanie przygotowane do połowy. Buty w jednym, zawsze tym samym miejscu.

To brzmi jak porada z poradnika i po części nią jest. Różnica polega na tym, kto to robi. Jeśli ubranie wybiera rodzic, rano jest protest. Jeśli wieczorem pięciolatka sama wyciąga z szafy spodnie i bluzę, rano nie ma o czym dyskutować – bo to był jej wybór, a nie cudzy pomysł.

Ta sama zasada dotyczy plecaka, bidonu i pluszaka do przedszkola. Dziecko, które samo coś przygotowało, rano tego szuka. Dziecko, któremu wszystko spakowano, rano tego nie chce.

Droga to nie jest przerwa

Dwadzieścia minut w aucie bywa najgorszą albo najlepszą częścią dnia. Zależy, czym je wypełnisz.

Radio z porannymi wiadomościami – kiepski pomysł. Telefon w rękach dziecka na tylnym siedzeniu – jeszcze gorszy, bo przejście z ekranu do przedszkolnej szatni jest dla malucha jak wyrwanie ze snu. Potem dziwimy się, że przy drzwiach są łzy.

Działa za to rozmowa o niczym. Liczenie białych samochodów. Jedna piosenka, ta sama codziennie, śpiewana fałszywie przez oboje. Dzieci potrzebują przewidywalności bardziej niż atrakcji i dlatego głupia piosenka o krokodylu robi więcej dobrego niż najlepszy audiobook.

A potem jest pożegnanie

Tutaj wszystko może się posypać. Rodzic, który spędził czterdzieści minut na porannej logistyce, jest już zmęczony i spóźniony. Chce po prostu wyjść. Dziecko to wyczuwa w sekundę.

Krótkie pożegnanie nie znaczy zimne. Znaczy przewidywalne. Ten sam gest, te same słowa, to samo miejsce przy drzwiach. Przytulenie, machnięcie przez okno, wyjście. Bez wracania się po trzy razy, bez „no już, nie płacz”, bez wymykania się, kiedy maluch nie patrzy. To ostatnie kosztuje najwięcej, bo dziecko traci pewność, że rodzic w ogóle się pożegna – i zaczyna pilnować go przez cały dzień.

Kiedy przedszkole jest po drodze

Jest jeszcze jeden czynnik, o którym mówi się rzadko, a który zmienia poranek bardziej niż wszystkie rytuały razem wzięte. Chodzi o to, dokąd właściwie jedziecie.

Rodziny ze Smolca, Krzeptowa czy Kątów Wrocławskich często wożą dzieci do placówek w centrum Wrocławia, bo „tam jest większy wybór”. Płacą za to dwa razy dziennie, stojąc w tym samym korku raz w jedną, raz w drugą stronę. Dziecko spędza w foteliku czterdzieści minut przed śniadaniem i czterdzieści po podwieczorku.

Alternatywą bywa placówka jeszcze przed miastem, na trasie do pracy. Przedszkole blisko Smolca, w Zabrodziu tuż za granicą Wrocławia, to około dziewięciu minut jazdy – bez wjazdu w miejski ruch, z parkingiem pod bramą i ogrodem zamiast asfaltowego podwórka. Dla rodzica oznacza to kwadrans odzyskany rano i drugi po południu. Dla dziecka – krótszą drogę i spokojniejszy start.

Jeśli chcesz sprawdzić, jak wygląda tam dzień, godziny otwarcia i zasady przyjęć: https://ziarenko.com.pl/

Poranek nie musi być idealny. Wystarczy, żeby przestał być wyścigiem, w którym dorosły goni zegar, a dziecko goni dorosłego. Jedna zmiana w tygodniu, nie pięć naraz – i po miesiącu przedpokój wygląda inaczej.